Jacek Rozenek

Strona główna » Co to takiego? » Polecają » Jacek Rozenek

LIDIA DRABAREK: Poznałam Pana wiele lat temu, będąc dziennikarzem akredytowanym przy zacnej imprezie, jaką są Zawody Aktorów i Dziennikarzy w Powożeniu i Ujeżdżaniu w Zakrzowie. Uczestniczył Pan w wielu jej edycjach i zdobywał nagrody. Jednym słowem, aktywność fizyczna od zawsze była w Pana życiu ważna. Pogratulować! 

JACEK ROZENEK: Miałem nawet swoje konie i mimo wielu obowiązków zawodowych oraz czasu poświęcanego rodzinie starałem się zawsze żyć aktywnie. Dawało mi to nie tylko przyjemność, ale także zapewniało dobrą kondycję. Tak było do 2019 roku…, kiedy doznałem udaru, jadąc samochodem na wybrzeże. To był SZOK! Ale mogę powiedzieć, że wtedy właśnie po raz pierwszy mój osobisty ANIOŁ STRÓŻ czuwał przy mnie. Przez prawie cztery godziny siedziałem w samochodzie, będąc jak w letargu. Pomocy udzielił mi człowiek ze służby ochrony autostrady, a że miałem problemy z mówieniem, pilnie wezwał pogotowie i już po pół godzinie znalazłem się w szpitalu w Tczewie. 

Wcześniej przeszedł Pan rozległe zapalenie płuc, otrzymywał antybiotyki i można powiedzieć, że został Pan z niego wyleczony. Wtedy jednak okazało się, że w bardzo złym stanie jest pańskie serce. Wcześniejsze zapalenie przypłacił Pan wielkim osłabieniem organizmu, a informacja od specjalistów ze szpitala MSWiA w Warszawie, gdzie Pan przebywał i gdzie wykonano Panu kompleksowe badania, była jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Rokowano, że jedyną skuteczną metodą – powiedzmy wprost – ratowania życia będzie przeszczep serca… 

BARDZO i to BARDZO mnie to „zwaliło z nóg”, mówiąc kolokwialnie, i choć wiedziałem, że medycyna w naszym kraju w tym segmencie jest na bardzo wysokim poziomie, czułem, że mój świat się zawalił. Kiedy pod troskliwą opieką lekarzy powoli wracałem do w miarę normalnego funkcjonowania – oczywiście w bardzo ograniczonych ramach fizycznych – w styczniu nastąpił drugi udar. Mimo starań lekarzy byłem w tak poważnym stanie, że tak naprawdę „żegnałem się ze światem”. 

Anioł Stróż znów „zadziałał” i powoli sukcesywnie rozpoczął Pan „morderczą” rehabilitację, która zaczęła przynosić pozytywne skutki i przywracała Panu nie tylko siły, ale także sprawność ruchową i powrót do mowy. 

Rzeczywiście zacząłem powracać do życia, z determinacją wręcz wykonywałem wszystkie zalecenia lekarzy i rehabilitantów. Uwierzyłem wreszcie, że jeżeli udało mi się wrócić „z tamtej drugiej strony, gdzie mi się nie podobało”, to musi być coraz lepiej. 

Jedną z ważnych metod w przywracaniu pańskiego zdrowia była terapia normobaryczna. Jak Pan się o niej dowiedział i jak ona przebiegała? 

Szukałem w Internecie informacji dotyczących rehabilitacji po udarze, biorąc też pod uwagę – jak w moim przypadku – poważne problemy z sercem. Co ważne, terapia normobaryczna nie była „kosmiczna” finansowo. Zacząłem regularnie z niej korzystać i ostatecznie po ponad 100 wejściach – każde trwało około 2 godzin – okazało się, że mój organizm się regeneruje, że wracam do sił. Sukcesywnie zauważałem zmiany. Benefitem tej terapii jest to, że rozwijają się komórki macierzyste. Im więcej takiej terapii zażywamy, tym bardziej nasz organizm się wzmacnia. Miałem coraz więcej sił, a w czasie i po każdym pobycie w komorze normobarycznej oddychałem „pełną piersią”. Polecam – oczywiście pod kontrolą lekarzy – korzystanie z tej formy leczenia. Ogromny wpływ na poprawę mojego zdrowia miał też pobyt w Ośrodku Rehabilitacyjnym w Leśnej Polanie. Spotkałem tam oddanych pracy profesjonalistów, specjalistów, którzy z wielką troską dbali nie tylko o mój powrót do zdrowia. 

Dziś znajduję Pana w znakomitej formie, pełen radości i optymizmu, który zawsze Panu towarzyszył. Bardzo się cieszę i serdecznie Panu gratuluję. Na zakończenie naszego spotkania chcę zapytać o najbliższe wyzwania zawodowe. 

Już niedługo spotkamy się ponownie z widzami w teatrze. Wróciłem także na plan serialu Barwy Szczęścia. Szanowni Państwo, à propos szczęścia, wszystkim nam tego życzę i pamiętajmy, że zdrowie jest bezcenne – nie lekceważmy go i jeżeli mamy już z nim problemy, nie poddawajmy się, tylko walczmy tak, żeby naszego ANIOŁA STRÓŻA jak najrzadziej „fatygować”.